Mój idealnie błękitny poród.
Gdy wspominam swój pierwszy poród, czuję niesamowitą dumę z siebie i ogromne szczęście, że mogłam powitać na świecie moją córeczkę. Był on spokojny, łagodny i wyjątkowy. Coś co zapamiętam na całe życie.
Od zawsze wiedziałam, że chcę urodzić naturalnie, w pełni fizjologicznie, bez żadnych ingerencji medycznych. Dlatego wybrałam poród w domu narodzin.
Kurs “Błękitny Poród” pozwolił mi zrozumieć cały proces na głębszym poziomie świadomości. Codziennie praktykowałam relaksację i medytację. Jednak to afirmacje i świadome manifestowanie mojego idealnego porodu przyniosły najlepszy efekt. Całą sobą wierzyłam, że wszystko potoczy się tak, jak chcę. Przez całą ciążę odsuwałam od siebie negatywne myśli i zwątpienia. Podczas porodu było dokładnie tak samo- ani przez chwilę nie zwątpiłam w swoją siłę i moc. Na co dzień jestem osobą bardzo wrażliwą, z niskim progiem bólu, często panikującą z błahych powodów. Tym bardziej jestem z siebie dumna, że urodziłam z lekkością i spokojem. To doświadczenie dało mi niesamowitą moc i wiarę w siebie. Byłam w tym procesie w stu procentach obecna ciałem i umysłem.
Rodząc w Domu Narodzin, miałam jasne nastawienie: cokolwiek w mojej głowie się wydarzy, nie ma odwrotu- muszę dać radę. Nie było opcji wycofania się, a jedyną osobą, która mogła uśmierzyć ból, byłam ja sama i moje wyćwiczone techniki.

Pierwsze skurcze poczułam nad ranem, około godziny 7:00. Od razu wiedziałam, że to ten dzień, ponieważ przez całą ciążę, aż do samego końca, nie miałam ani jednego skurczu przepowiadającego. Nie budząc męża, przeszłam do innego pokoju, by w spokoju mierzyć ich częstotliwość. Przez dłuższy czas aż do 9:00 były regularne, co 10 minut.
O godzinie 10:00 miałam już od tygodni zaplanowaną wizytę kontrolną w Domu Narodzin. Po telefonicznej konsultacji położna zasugerowała, abym przyjechała aby zdecydować co dalej. Sprawdziła rozwarcie i powiedziała, że szyjka macicy jest już miękka i gotowa i najprawdopodobniej wieczorem znów się zobaczymy.
Zakładałam, że pierwsza faza porodu będzie długa, a ja będę miała dużo czasu, by oddać się skurczom i stosować wszystkie wyuczone techniki i pomoce z kursu. Jednak po powrocie do domu skurcze zaczęły się nasilać, a przerwy między nimi skracać. Włączyłam ulubioną muzykę i afirmacje, zadzwoniłam do bliskich, a potem spokojnie dokończyłam pakowanie rzeczy na poród. Weszłam też na chwilę do wanny, żeby się zrelaksować.
Pod koniec pobytu w domu skurcze były już naprawdę intensywne, ale wciąż miałam nad nimi kontrolę. Około godziny 14:00, gdy stały się jeszcze częstsze, zdecydowaliśmy się wrócić do Domu Narodzin. Tam przechodziłam skurcze rozmawiając z położną, a mąż przygotował wszystko, co wcześniej myślałam, że się nam przyda.
W końcu zdecydowałam się wejść do wanny. W wodzie na każdym skurczu oddychałam głęboko, wydawałam dźwięki, a w przerwach między nimi wchodziłam w stan relaksu, rozluźniając ciało, szczękę i dłonie. Bardzo pomogła mi w tym praktyka relaksacji progresywnej oraz techniki oddechowe. Ku mojemu zaskoczeniu nie potrzebowałam większości rzeczy, które przygotowałam- jedynym rzeczą, która okazała się naprawdę pomocna, był drewniany grzebień, który zaciskałam w dłoni podczas skurczów oraz przygotowana wcześniej playlista z muzyką.
Zaskoczyło mnie to, jak klarownie myślałam w przerwach między skurczami. Mogłam normalnie rozmawiać z mężem i położną, jednocześnie pozostając całkowicie skupiona na swoim ciele i procesie. Położna nie ingerowała w poród- jedynie co jakiś czas sprawdzała tętno dziecka. Nic mnie nie rozpraszało, dzięki czemu mogłam rodzić dokładnie tak, jak chciało moje ciało.
Mój mąż był dla mnie niesamowitym wsparciem. Zaznajomił się wcześniej ze wszystkimi technikami, które praktykowałam. Przypominał o rozluźnieniu oraz doskonale wyłapywał wszystkie moje potrzeby. Był zaangażowany w każdą sekundę naszego porodu.
Po godzinie w wodzie położna zapytała, czy chciałabym, aby sprawdziła rozwarcie. Nie byłam pewna.. obawiałam się, że jeśli okaże się małe, mogę się zdemotywować. Jednak ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, okazało się, że szyjka jest już w pełni rozwarta (ok. godziny 16:00). Byłam w szoku, że tak szybko się to stało a ja nawet nie odczułam zmian w intensywności skurczy.
To był jedyny moment w całym porodzie, w którym poczułam lekki niepokój. Dotarło do mnie, że zaraz zacznie się ta „jazda bez trzymanki”, o której tyle słyszałam czyli skurcze parte. Ale na szczęście już po chwili wróciłam do skupienia i byłam gotowa do działania. Skurcze parte pojawiły się dopiero po jakimś czasie.
Tutaj dopiero zaczęłam naprawdę płynąć z rytmem swojego ciała. Skurcze nie bolały, ale odruch Fergusona był niesamowicie intensywny i pod koniec dość wyczerpujący. Na początku odczuwałam dyskomfort, ale potem w pełni koncentrowałam się na tym, że każdy skurcz przybliża mnie do spotkania z moim dzieckiem. Czekałam na nie z motywacją, gotowa, by przez nie przejść i urodzić. Poddałam się im w stu procentach.
Faza parcia trwała około 2 godzin, aż położna zasugerowała zmianę pozycji na bardziej pionową, by grawitacja pomogła dziecku szybciej przyjść na świat. W pewnym momencie pośpiesznie powiedziała, że czas wyjść z wody.
Doszłam do miejsca, gdzie były rozłożone maty, i tam położne podpowiedziały mi najlepszą pozycję na ostatnie dwa skurcze. Najpierw, wisząc na mężu, urodziłam główkę, a na następnym skurczu już w pozycji kucznej, opierając się o jego ramiona urodziłam moją śliczną córeczkę. Przez kilka minut tuliłam ją do siebie, oszołomiona i wzruszona. Emocje były nie do opisania, ale nadal czułam ogromny spokój i pełne skupienie na tym, co właśnie się wydarzyło.

Chwilę później położyliśmy się we trójkę na łóżku, a córeczka natychmiast zaczęła ssać pierś.
Jestem wdzięczna, że te pierwsze, wyjątkowe momenty mogliśmy przeżyć w ciszy i spokoju, w ciepłym i znanym nam miejscu. Mała przyszła na świat o 19:00 i do 23:00 leżeliśmy razem, otoczeni miękkimi poduszkami i ciepłą kołdrą, zachwycając się naszym małym cudem. Była idealna- jak z obrazka. Nie mogliśmy uwierzyć, że to doskonałe maleństwo jeszcze chwilę wcześniej było u mnie w brzuchu.
Spodziewaliśmy się, jak opisują to prawie wszystkie książki- sinego, pomarszczonego noworodka, a ona wyglądała jak mała laleczka.
Godzinę po porodzie, gdy pępowina przestała tętnić, położne pomogły mi urodzić łożysko a po kilku godzinach zostałam zszyta. Udało się uchronić krocze, ale głębiej, wewnątrz, doszło do niewielkiego pęknięcia. Był to dla mnie najmniej przyjemny moment, bo jak już wspominałam nie przepadam za interwencjami medycznymi.

O północy, pięć godzin po porodzie, wróciliśmy do domu, gdzie wreszcie mogliśmy w pełni odpocząć i zacząć nasze “nowe życie”.
Fot. Archiwum prywatne

Opowiadanie historii porodowych ma MOC!
Osobie, która ją opowiada, pomaga :
- ułożyć w głowie ciąg zdarzeń
- spojrzeć na poród z nowej perspektywy
- uwolnić emocje, które w chwili porodu powstały w ciele
- dostrzec swoją sprawczość i moc
- docenić siebie
- jeżeli to potrzebne, zamknąć to co jest trudne
- odbić myśli z osobami, które były przy porodzie
Osobie, która słucha dobrych, wzmacniających historii porodowych pozwala:
- czasem pierwszy raz w życiu usłyszeć, że poród może być dobrym wydarzeniem
- usłyszeć od drugiej kobiety, jak poród może wyglądać w praktyce
- zmienić swoje lękowe przekonania
- rozpocząć proces odnajdywania w sobie sprawczości
- zweryfikować przekonania o porodzie
- ułożyć własną wizję porodową, stworzyć listę rzeczy na których najbardziej Ci zależy