Jak nie wejdę na tę tamę, to chyba nie urodzę – powiedziałam w czwartek 7/08, 2 dni po terminie, mając na myśli pobliskie Dobczyce i tamtejszą zaporę na Rabie. Niespełna 3 lata wcześniej urodziłam synka 2 dni po wdrapaniu się na dobczyckie wzgórze zamkowe i właśnie po spacerze tą tamą, wtedy – 2 dni po terminie.
Pojechaliśmy – z moimi rodzicami i wujkiem i oczywiście Szymciem moim pierwszym synkiem na spacer do Dobczyc w to symboliczne dla mnie miejsce. Nie mieszkamy tak licznie tu w okolicy, ale rodzina była u nas by, jak nadejdzie dzień porodu, zaopiekować się Szymkiem i dać mu wsparcie. Na co dzień dzieli nas 300 – 1000 km, stąd wcześniejszy przyjazd i wspólne oczekiwanie na „ten dzień”. Piszę o Dobczycach, bo jestem z siebie dumna, że w obu ciążach wspięłam się tam w 40. tygodniu i miałam prawdziwie udany spacer :)), a tym razem mój 3-latek maszerował ze mną samodzielnie i podobało mu się i jezioro i zamek i tama.
Poród zaczął się 2 dni później…w nocy z soboty na niedzielę. W piątek i sobotę sporo spacerowałam po okolicy, byłam normalnie aktywna, nawet załatwiłam bezglutenowe jagodzianki od niedawna dostępne w sąsiedniej wsi ;).
W sobotę 9/09 było upalnie, mąż poszedł biegać późno i wrócił po ciemku po ponad godzinie. Jak koło 1:00 obudziłam się i poczułam, że to już, bo odeszły mi wody, pierwsze co pomyślałam budząc męża to było: „o nie, biegał tak długo, nie będzie miał siły”, jednak wstał od razu gotowy do działania.
Zadzwoniłam do naszej położnej i powiedziałam o wodach i braku skurczy. „To idź spać, czekamy na skurcze” – usłyszałam od Wioli. Czy posłuchałam? Chciałam! Poszłam z powrotem na górę powiedzieć rodzicom, że odeszły mi wody, ale wracam do łóżka, bo nie ma skurczy i…zdążyłam zamknąć ich drzwi jak poczułam pierwszy skurcz. Postanowiłam wrócić na dół do salonu i tam poczekać i policzyć skurcze. Wody się lekko sączyły, więc pokonałam schody raz jeszcze, żeby zaopatrzyć się w ręcznik, na którym będę stała licząc te skurcze…schodząc w dół poczułam naprawdę silny skurcz i do tego był dość szybko po poprzednim. Odpaliłam aplikację i zaczęłam liczyć. Co 10 minut? Nie…co 4 minuty! A jak po szybkim prysznicu mój mąż był ze mną na dole, skurcze były co 2 minuty, a ja już dzwoniłam do położnej, że dzieje się i to chyba za szybko…
Wiola za pół godziny była u nas. Zastała mnie w klęku podpartym na ręczniku z głową w poduszce. „Czujesz jakieś delikatne parcie?” – spytała, a ja już trochę spocona powiedziałam „nie wiem”. Poszłyśmy do łazienki pod ciepły prysznic dla ulgi i na badanie. Wiola wyczuła główkę nisko, całkowite rozwarcie. Od początku, czyli od odejścia wód minęła godzina z kawałkiem, od odczuwalnych skurczy jakieś 45 minut. „Dobrze, że zdążyłam” – powiedziała Wiola i szykowaliśmy się na szybki przebieg.
W fazie rozwierania oddychałam i myślałam o poddawaniu się falom…zaskoczył mnie jednak tak szybki przebieg i intensywność skurczy w takim tempie. Ale w ich trakcie starałam się o ruch i oddech. Pomiędzy skurczami o nawodnienie… natomiast faza parta to była inna bajka. Bolało (chociaż już prawie wymazało mi się to z pamięci) mocno, bardziej niż przy pierwszym dziecku. Bolało też inaczej. Nie umiałam oddychać tak jak uczyłam się na błękitnym kursie i od mojej Marzenki osteopatki. W ogóle przestawałam oddychać, bo jak kończyłam czuć parcie to pojawiał się rozpierający i kłujący ból w lędźwiach i krzyżu, który mnie zaskoczył. Nic nie dawało mi tu ulgi, ani masaż, ani ucisk, ani tensy, to co działało to ciepła woda z prysznica… a ja się spięłam naprawdę mocno. Czułam się bezsilna i czułam niemoc, bo przez parę godzin nie było postępu, a ból był stale podobny.
Przyjmowałam różne pozycje sugerowane przez położną, tak by dziecko lepiej się wstawiło, bo powinno się nieco obrócić, żeby zacząć się obniżać i wyjść. Odkąd Beata na błękitnym kursie spytała o kotwice porodowe miałam jedno przekonanie – moją kotwicą jest Michał. Bo to miało być to, co mnie ukotwiczy, uspokoi, moja baza i ani żaden zapach czy światło świec czy olejki nie były w mojej głowie tak istotne, jak jego obecność i jego czucie… Tak mocno ciągnęłam męża za koszulkę, że prawie ją podarłam, wgryzłam mu się w rękę i raz pamiętam, że szeptałam „to tylko fala, to tylko fala” i starałam się o króciutkie regularne wydechy.
Powtarzałam kilkakrotnie, że już nie dam rady, że już nie mogę i żeby Wiola pomogła mojemu dziecku wyjść. „Ola to jest też jego poród, pozwól mu się urodzić”. Słysząc słowa Wioli poczułam dwie rzeczy – że mam najlepszą asystę, o jakiej mogłam marzyć i że zapamiętam te słowa na zawsze.
Wzięłam się w garść. Poszłyśmy do łazienki, pomyślałam: musi się udać. Wiola polewała mnie wodą, a ja stałam oparta o krzesło pod prysznicem i parłam na skurczu. Potem kucnęłam i okazało się, że zdołam dotknąć główki „Benio wychodzi” pomyślałam, „urodzimy się”. Przeszłam do klęku, a ramiona zaklinowałam w ramie krzesła (nie opiszę tej pozycji, Wiola była jej przeciwna, ale mi dawało ulgę to, że „krzesło mnie trzyma za ramiona, że jestem w jakiś objęciach”.). Wiola mówiła, że urodzę, a ze mnie będzie trzeba zdejmować to krzesło, ale się uparłam… potem kilka skurczów i usłyszałam jak położna prosi Michała o pieluszki do owinięcia maluszka.
Pierścień ognia…tak czułam, ale czułam wielką radość, że już blisko i po dwóch trzech skurczach poczułam ulgę i ogrom miłości, po raz drugi i falę wdzięczności.
7:30 w niedzielę, błękitny poród za mną. Na moich i synka zasadach. Benio od razu znalazł się na mnie a Michał tuż obok…przeszliśmy na sofę, narzuciłam tylko koszulę i Benia umieściłam pod nią w dekolcie i było nam tak dobrze…po urodzeniu łożyska, odpępnieniu i chwili dla nas poszłam pod prysznic, a Benia kangurował Michał. Jak wyszłam z łazienki zobaczyłam najpiękniejszy obrazek – moich trzech chłopaków razem przytulonych do siebie dar, za który czuje wdzięczność do mojego męża, położnej Wioli, rodziny, która była za ścianą…za to, że mogłam tego doświadczyć będąc u siebie, że było bezpiecznie i urodziliśmy się po naszemu.

Opowiadanie historii porodowych ma MOC!
Osobie, która ją opowiada, pomaga :
- ułożyć w głowie ciąg zdarzeń
- spojrzeć na poród z nowej perspektywy
- uwolnić emocje, które w chwili porodu powstały w ciele
- dostrzec swoją sprawczość i moc
- docenić siebie
- jeżeli to potrzebne, zamknąć to co jest trudne
- odbić myśli z osobami, które były przy porodzie
Osobie, która słucha dobrych, wzmacniających historii porodowych pozwala:
- czasem pierwszy raz w życiu usłyszeć, że poród może być dobrym wydarzeniem
- usłyszeć od drugiej kobiety, jak poród może wyglądać w praktyce
- zmienić swoje lękowe przekonania
- rozpocząć proces odnajdywania w sobie sprawczości
- zweryfikować przekonania o porodzie
- ułożyć własną wizję porodową, stworzyć listę rzeczy na których najbardziej Ci zależy



