Mój poród był błękitny. Był suwerenny. Był spełnieniem moich marzeń.
Na tydzień przed terminem, tuż przed północą, odeszły mi wody. To był dzień, w którym moja przyjaciółka – a zarazem moja położna – była na zwolnieniu lekarskim i właściwie nie mogła być wtedy przy moim porodzie. Z trudem, ale zaakceptowałam ten fakt. Widząc zaróżowione wody płodowe obudziłam męża, mówiąc, że musimy jechać do kliniki.
W drodze skurcze były nieregularne i delikatne. Całe dwadzieścia minut podróży spędziliśmy na słuchaniu afirmacji. Przyjęcie, badanie i KTG przebiegły bardzo sprawnie. Położono nas w pokoju z dwuosobowym łóżkiem, żebyśmy mogli spokojnie spędzić noc – bo po skurczach nie było śladu.
Ten poród rozpoczął się dokładnie tak, jak przy moim pierwszym dziecku – od odejścia wód w środku nocy, bez skurczy. Myślałam, że 24 godziny, jakie minęły od pęknięcia pęcherza płodowego do narodzin mojego syna, się nie powtórzą – ale mogę zdradzić, że Mała pobiła rekord swojego brata. 🙂
Nad ranem pobrano mi krew ze względu na przebity pęcherz i wykonano badanie, które wykazało, że przy główce dziecka wciąż jest mały pęcherzyk. Zaproponowano mi różne naturalne sposoby rozpoczęcia akcji porodowej. Ponieważ zależało mi na jak najbardziej naturalnym przebiegu porodu, a także na tym, by poród odebrała moja przyjaciółka, zdecydowałam się jedynie na spacer i czekanie.
Dzień był przepiękny – słoneczny, jesienny. Szpital, w którym rodziłam, otaczały stare drzewa, więc spacerowaliśmy po okolicy, chłonąc spokój i piękno dnia. Cały dzień upłynął spokojnie – miałam dobry apetyt, dużo siły, cudowny czas z mężem i słuchałam medytacji oraz podcastów.
Wieczorem czułam już, że poród może wkrótce się rozpocząć. Wiedziałam, że po północy moja przyjaciółka wraca do pracy – kończyło się jej zwolnienie lekarskie. I jak to zwykle bywa, gdy głowa odpuszcza – ciało zaczęło działać. W nocy pojawiły się pierwsze skurcze, szczególnie w udach i odcinku lędźwiowym. Ciepłe okłady, oddech relaksacyjny i ruchy miednicą (przód–tył, prawa–lewa, nawet w pozycji leżącej) pomagały.
Nad ranem, o szóstej, gdy zaczynała się nowa zmiana, obudziłam się z coraz bardziej regularnymi skurczami. Moja położna przyszła tuż po szóstej z konkretnym planem działania. Wdrażałyśmy krok po kroku naturalne metody wspierające akcję porodową – kąpiel, homeopatię, masaż brzucha, akupunkturę, lewatywę. Po przebiciu pęcherzyka, około 10:30, przy rozwarciu 3 cm, wysłała nas na godzinny spacer.

Chodząc z mężem po schodach w górę i w dół, czułam, że akcja przyspiesza. Skurcze stały się intensywne, wymagały pełnej koncentracji i oddechu. Po około pół godzinie wiedziałam już, że muszę się położyć albo wejść do wanny. Wróciliśmy więc do pokoju i daliśmy znać położnej, że dłużej już nie dam rady. Poruszanie się o własnych siłach było wtedy bardzo trudne.
Około jedenastej dotarliśmy do naszego pokoju, ostatnie badanie, KTG – i ruszyliśmy na porodówkę. Chwilę po dwunastej byliśmy już w sali z wanną. Od tego momentu mam wrażenie, że zanurzyłam się w hipnozie – niby słyszałam, co do mnie mówią, ale oddech i bycie przy sobie były dla mnie najistotniejsze.
Na sali porodowej panowała cudowna atmosfera. Na suficie świeciły się gwiazdki, żaluzje były zasłonięte, w tle słychać było szum fal, a na monitorze wyświetlał się obraz morza. No i moje marzenie – wanna z ciepłą wodą.
Spędziłam w niej równo 40 minut. Tuż po wejściu zamknęłam oczy, bo intensywność skurczy (jak się okazało, miałam po wejściu do wanny 8 cm rozwarcia) wymagała pełnej uwagi. Mogłam przyjmować dowolne pozycje, a położna przypominała jedynie, bym nie wychodziła z wanny, ponieważ główka dziecka musi pozostać pod wodą. Mąż przykładał mi zimne okłady na szyję – to było zbawienie – podsuwał moją kotwicę zapachową, przypominał, że świetnie sobie radzę, i cytował afirmacje. Wsparcie, o jakim marzyłam, otrzymałam w pełni.
Położna wspierała mnie spokojnym głosem, przypominała o oddechu, o rozluźnieniu ramion, trzymała za rękę i z każdym skurczem powtarzała: „Świetnie sobie radzisz. Kolejny skurcz już za tobą”.
Ta bezpieczna przestrzeń, którą stworzyli, dała mi ogromne poczucie spokoju i zaufania. Wiedziałam, że są tam dla mnie. Nawet to, że w kulminacyjnym momencie w sali było sporo osób – trzy położne, lekarka, mąż – wcale mi nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie: ich obecność, spokojne ruchy, szepty i śmiech w tle dawały mi pewność, że wszystko jest dobrze, a więc że ja i moje dziecko jesteśmy bezpieczni.
Świadomy oddech, który ćwiczyłam w ciąży – relaksacyjny i falowy – stał się moim naturalnym rytmem, moją kotwicą.
Myśl, że rodząc mogę być autentyczna i instynktowna jak zwierzę, które rodzi w 100% naturalnie – dała mi ogromną wolność. Wydawałam dźwięki, przyjmowałam intuicyjne pozycje, które dawały choć odrobinę ulgi w tym intensywnym doświadczeniu.
Ostatnie trzy skurcze były partymi skurczami i zostały nagrane przez jedną z położnych. Jestem za to bardzo wdzięczna, bo przez niemal 40 minut w wannie, z zamkniętymi oczami, byłam w głębokim stanie relaksu i nie miałam pojęcia, jak to wygląda z zewnątrz. Wewnątrz czułam i oczami wyobraźni widziałam każdy centymetr główki i ciałka mojego dziecka wchodzącego na świat. Byłam z moim dzieckiem w pełnej jedności, a w myślach uspokajając je, dawałam spokój samej sobie.
Skurcze parte były intensywne i rozrywające, ale jednocześnie przynosiły ogromną ulgę. Byłam za nie wdzięczna, bo wiedziałam, że za chwilę utulę moje dziecko.
Moja położna wiedziała, że chciałam sama wyjąć dziecko na brzuch, i nawet zapytała mnie o to przy ostatnim skurczu, ale nie miałam już siły – więc to ona podała mi Małą do rąk. Gdy tylko poczułam ją na swoim brzuchu, łzy popłynęły strumieniem. Byłam przepełniona wdzięcznością – za wsparcie, które otrzymałam, za to, że moja córeczka jest już z nami, i dumą z samej siebie za to, czego dokonałam.
I tak równo po 37 godzinach od odejścia wód płodowych, przywitaliśmy naszą córkę Milę na świecie.

Przez ten długi czas oczekiwania przechodziły mi przez głowę różne myśli – o indukcji, o cesarce, o znieczuleniu – ale dzięki przygotowaniu potrafiłam pogodzić się z różnymi scenariuszami. Wierzyłam, że jesteśmy bezpieczne i że niezależnie od tego, jaką drogą przyjdzie na świat moja córka, będzie to jej droga – część jej życia, którą ja chcę zaakceptować.
Sprawne urodzenie łożyska, brak urazów krocza, długi kontakt skóra do skóry, karmienie piersią oraz wyjście do domu po 5 godzinach od narodzin były pięknym dopełnieniem naszej błękitnej historii.
Jestem świadoma, że miałam ogromne szczęście – towarzyszyła mi zaufana położna w bardzo bezpiecznych dla mnie warunkach szpitalnych. Dzięki temu mogłam w pełni zdać się na swój instynkt i jej wspierający głos. Niczego więcej nie potrzebowałam.
Wierzę jednak, że każda kobieta ma wpływ na wiele aspektów porodu – poprzez stawianie granic, mówienie o swoich potrzebach, przygotowanie mentalne, poznanie miejsca, w którym chce rodzić. Wszystko to sprawia, że mamy sprawczość w porodzie – bo mamy do tego święte prawo.
Najważniejsze, by w porodzie świadomie robić to, co nas wspiera, i rezygnować z tego, co przestaje nam służyć.
U mnie np. do momentu 8 cm rozwarcia dotyk i trzymanie za rękę były bardzo pomocne, ale później potrzebowałam przestrzeni i odsuwałam dłonie innych. Tuż przed skurczami partymi powiedziałam mężowi, żeby już nic do mnie nie mówił – choć wcześniej jego słowa były ogromnym wsparciem.
Nie bójcie się reagować nawet w trakcie porodu, jeśli coś wam nie służy. To wasz poród. Wasza siła. Wasz błękitny moment.
PS. Przygotowywałam się na różne sposoby do porodu. Oczywiście zrobiłam kurs „Błękitny poród”, przez ostatnie trzy miesiące ciąży ćwiczyłam oddech, hipnozę, medytacje i słuchałam afirmacji. Przeczytałam książkę ‚HypnoBirthing’ Marie Mongan oraz ‚Die Friedliche Geburt’ Kristin Graf (niemiecka odpowiedniczka naszej Beaty 😊). Oglądałam filmiki Izabeli Dembińskiej. Miałam także indywidualne sesje z hipnoterapeutką – zwłaszcza te dotyczące budowania więzi z dzieckiem są godne polecenia.

Opowiadanie historii porodowych ma MOC!
Osobie, która ją opowiada, pomaga :
- ułożyć w głowie ciąg zdarzeń
- spojrzeć na poród z nowej perspektywy
- uwolnić emocje, które w chwili porodu powstały w ciele
- dostrzec swoją sprawczość i moc
- docenić siebie
- jeżeli to potrzebne, zamknąć to co jest trudne
- odbić myśli z osobami, które były przy porodzie
Osobie, która słucha dobrych, wzmacniających historii porodowych pozwala:
- czasem pierwszy raz w życiu usłyszeć, że poród może być dobrym wydarzeniem
- usłyszeć od drugiej kobiety, jak poród może wyglądać w praktyce
- zmienić swoje lękowe przekonania
- rozpocząć proces odnajdywania w sobie sprawczości
- zweryfikować przekonania o porodzie
- ułożyć własną wizję porodową, stworzyć listę rzeczy na których najbardziej Ci zależy



