Historia błękitnego porodu Aleksandry: przez ciemność do światła

Baner na artykuł blogowy

Przez ostatnie parę lat przeczytałam pewnie prawie wszystkie Wasze historie, które pojawiały się na tej grupie. Aż trudno mi uwierzyć, że teraz przyszła kolej na moją własną 🙂.

Na pewno będzie długa, ale nie mam zamiaru się oszczędzać – chcę, by była pamiątką dla mnie, a być może kiedyś dam ją przeczytać mojej córce, a to, co najważniejsze w tego typu historii i nauka płynąca z niej dla mnie potrzebują przestrzeni.

Żeby nadać trochę kontekstu, marzenie o porodzie domowym pojawiło się we mnie bardzo wcześnie, na lata przed tym, jak zaszłam w ciążę. W zasadzie w momencie, w którym dowiedziałam się, jak bardzo źle potrafi wyglądać poród w szpitalu i jak bardzo czasami ten naturalny proces (zwłaszcza na płaszczyźnie psychicznej) jest nieszanowany i niezrozumiany przez system medyczny, zaczęłam planować, jak to zrobić, żeby urodzić w domu na własnych zasadach. Owszem, było to podszyte lękiem przed tym, co może mnie spotkać w sytuacji i miejscu, którego nie jestem w stanie kontrolować, ale było w tym też pragnienie, by przeżyć to ogromne doświadczenie w pełnej rozciągłości po swojemu. A że jestem niestety osobą o dramatycznych tendencjach do katastrofizowania, wdrożyłam cały arsenał działań, tworząc co chwilę nowe scenariusze i rozpętując nowe lęki.

Już na etapie planowania ciąży bałam się, że będę miała problem z zajściem w nią, no bo przecież PCOS (ostatecznie poczęcie zupełnie naturalne bez żadnego wspomagania w 4 miesiącu od odstawienia antykoncepcji), jak już w nią zaszłam, od razu odpalił mi się lęk, że na pewno będę miała cukrzycę ciążową i nie dostanę kwalifikacji do PD, no bo przecież insulinooporność (ostatecznie ciąża ze wzorowymi wynikami, w ogóle ze wzorowym przebiegiem), potem lęki, że nawet jak zacznę w domu, to wciąż grozi mi jakieś zatrzymanie akcji czy inne komplikacje i transfer do szpitala, że karmienie piersią będzie dramatem i trudem nad trudy… I tak można by długo wymieniać.

Cała ciąża to było mierzenie się z odróżnianiem tego, na co mam wpływ, od tego, na co nie mam i próba godzenia się z tym drugim – podkreślam, próba, bo jest to sztuka, której nie udało mi się mimo wszystko opanować, wciąż się uczę. Nie wiem, w którym dokładnie momencie, ale przyszedł moment, kiedy uwierzyłam, że może dobry scenariusz jest mi jednak pisany – może nauczona doświadczeniem – w końcu tyle katastrof miało się wydarzyć, a nic z mojej wyobraźni się nie sprawdziło w rzeczywistości.

Ciążę prowadziłam w KOC w Oleśnicy – to też oczywiście było działanie na wszelki wypadek, gdybym nie dostała kwalifikacji, przynajmniej będę znała szpital, który wydaje się być z gatunku tych przyjaznych rodzącym kobietom. Koniec końców, było to bardzo dobre doświadczenie – niezbędne minimum badań, bez udziwniania, badań wewnętrznych całe 3 przez całą ciążę – w tym jedno, o którym za chwilę.

Profile w socialach dolnośląskich położnych domowych miałam zaobserwowane już parę lat temu, kiedy więc pierwszy raz rozmawiałam z Ewą, miałam wrażenie, jakbym ją już bardzo dobrze znała 🙂. Właściwie całą ciążę miałyśmy kontakt, a dzień kwalifikacji był dla mnie prawdziwym świętem – pamiętam, że płakałam ze wzruszenia, że materializuje się właśnie moje wieloletnie wyobrażenie o tym, jak chciałabym urodzić kiedyś swoje dziecko i że w tym punkcie zbieram owoce tylu przygotowań na tak wielu płaszczyznach. 

Z jakiegoś powodu miałam przeczucie, że Matylda urodzi się przed terminem (może za tym też stał lęk? Bo przecież jesteśmy rozgrzebani z robotą, czekamy na montaż kuchni, w domu sajgon, jak tu rodzić) – chybiona intuicja, musiałam czekać na nią do końca 40 tygodnia. W dniu terminu byłam na kontroli w Oleśnicy – i tu po raz pierwszy wydarzyło się coś, co nakreśliło jednak rysę na tym bliskim ideałowi wizerunku. Z marszu, z przydziału dostałam od razu skierowanie na indukcję na za tydzień. Powód? Przekroczenie terminu o tydzień. Bez uwzględnienia jakichkolwiek uwarunkowań – że łożysko wydolne, że wody płodowe w normie, że dzidzia szacowana na 3500 (spoiler, i tak przeszacowana).

Dodatkowo nastawiłam się przed tą wizytą, że nie chcę mieć badanej szyjki – wiedziałam, że ma to zupełnie zerową wartość predykcyjną, a jedyne, co może mi to zrobić to zestresować, że nic się nie dzieje. Podjęłam dyskusję, ale jakoś zabrakło mi siły, żeby się faktycznie ostatecznie postawić – lekarz nalegał, wyszło jak przewidywałam – szyjka zamknięta, od kości krzyżowej, a ja wytrącona z równowagi, no bo jednak zegar tyka. Wszystko mnie to trochę poschizowało, wiedziałam co prawda, co z tym skierowaniem na tym etapie zrobić (tzn. wsadzić sobie…między książki), ale i tak potrzebowałam porozmawiać z Ewą. I tu jak zwykle – spokój, mamy czas, mamy sposoby ❤️. No to jak mamy sposoby, to mi trochę lżej, ale arsenał od teraz wjechał – codzienne godziny na piłce, w pozycjach odwróconych, daktyle, wiesiołek, malina, akupresura, seksy…

No i przyszedł koniec 40. tygodnia, nic znaczącego się nie wydarzyło, jakieś pojedyncze minimalnie bolesne skurcze. Ustaliłyśmy z Ewą, że dokładnie tydzień po terminie odkleimy dolny biegun, żeby mieć trochę czasu w zapasie, gdyby trzeba było jeszcze czegoś więcej. Ewa przyjechała do nas do domu, najpierw badanie, nie, przepraszam, najpierw prawie pół godziny lekkiej rozmowy ❤️, potem badanie – Kochana, tu jest wszystko miękkie i gotowe”. Co za dobra wiadomość i ogromna ulga – tydzień chodziłam w totalnej niewiedzy, ale też z dużym napięciem, co z tą moją szyjką się dzieje. Dolny biegun odklejony, wszystko zajęło jakieś 3 minuty na kanapie w salonie. Jest godzina 13:15, Ewa wychodzi od nas z domu – zobaczymy, czy ruszy. Czasami zajmuje to 24, czasami 48 godzin, czasami trzeba powtórzyć”. Mam łyknąć rycynę i iść na spacer. Z mężem decydujemy, że wstrzymany się z olejem, bo trzeba najpierw zjeść jakiś porządny obiad, na wszelki wypadek, a szkoda by go było, gdyby olej podziałał piorunująco 😉.

Jedziemy do naszej ulubionej restauracji, godzina 14:02 robimy pamiątkowe zdjęcie przy stoliku, zamawiamy jedzenie. Ja coś czuję – brzuch ćmi, zdecydowanie manewry Ewy dały jakiś efekt. Wszystko wydaje się dość surrealistyczne – jeszcze przed chwilą byłam w ciąży i czekałam na rozwój wydarzeń, a w tym momencie te wydarzenia zaczynają się wydarzać. Z potencjalności w jakiś bardzo łatwy i szybki sposób przeszliśmy do urzeczywistnienia. Zjadamy w spokoju, ale i ekscytacji. Potem jedziemy do Jyska po narzutę na kanapę – może się przydać, żeby nie obkładać wszystkiego folią malarską. Chodzę między półkami i czuję, że nie wydaje mi się, to są faktycznie skurcze. Na tyle łagodne, że jedyne czego potrzebuję to przystanąć w miejscu i pokręcić biodrami.

Potem zaliczamy jeszcze sportowy po koc piknikowy, stragan z truskawkami, lody i w momencie, kiedy mamy obierać kurs na spacer, ja czuję, że ten pomysł już mniej mi się podoba i wolę być jednak w domu. Po dotarciu decydujemy, że trzeba się przespać, no bo w końcu może nas czekać maraton. Oboje kładziemy się na kanapie, Adam zasypia od razu, ja już wiem, że nic z tego. Totalnie nie mogę się ułożyć, czuję, że potrzebuję być na stojąco.

Daję znać Ewie, że skutecznie podziałała, o 16:00 odpalam apkę skurczową – skurcze częste i krótkie, minuta co dwie minuty. Ewa sugeruje iść na schody, żeby akcję trochę podkręcić. Matko z córką, to jest ostatnie, na co mam ochotę. Leżę na blacie kuchennym, kręcę biodrami i przychodzi pierwsza przytłaczająca myśl – Co ja sobie myślałam, przecież skoro to jest dopiero początek, to nie dam rady, trzeba było iść do szpitala i dostać znieczulenie (dzisiaj już wiem, że może to był ten sławetny 7 centymetr?).

Niby jest regularność i niby skurcze już tę swoją minutę trwają, ale ja mam wrażenie, że jeszcze daleeeeeeeko przede mną do końca. Ta myśl przyszła i dość szybko się rozpuściła, wiedziałam, że wątpliwości będą i wiedziałam, że to tylko myśli, pozwoliłam więc rzeczom toczyć się dalej. Adam się obudził. Pyta jak jest i co robimy. Ja w tym momencie korzystam z jedynego przygotowanego wcześniej porodowego akcesorium, które udało się w moim porodzie wykorzystać, a było ich wiele – bujam się dalej wsparta tułowiem na piłce. Mówię, że Ewa sugeruje schody, on patrzy na mnie i mówi, że chyba zwariowała 😂. Dzisiaj też już wiem, że miał nosa, bo zaproponował wannę. Ja boję się wchodzić do ciepłej wody, żeby przypadkiem nie wyciszyć tej dopiero co startującej akcji, ale w końcu idę za jego sugestią.

Wchodzimy do wanny oboje, ja polewam brzuch wodą, pomiędzy skurczami gadamy i się śmiejemy, Adam robi zdjęcia, na których mam uśmiech od ucha do ucha. Pyta mnie co jakiś czas, co robimy, mierzy skurcze, ja cały czas jestem przekonana, że to absolutnie za wcześnie, żeby wołać Ewę i naszą doulę Olę. Z obydwiema jesteśmy cały czas na łączach, dziś te Messengerowe konwersacje są swoistym archiwum przebiegu naszego porodu 🙂.

Zaczynają męczyć mnie mdłości i mówię, że to jest w tym wszystkim najgorsze. Dzwoni Ola, pyta męża, jak ja się czuję, Adam mówi Ola marniutka”. A ja zaczynam być gdzie indziej. Jestem w stanie odpowiadać tylko jednym słowem albo ruchem głowy. Z zamkniętymi oczami (zresztą z zamkniętymi już do samego końca) czepiam się rękami wiszącego nad głową kaloryfera. Skurcze dalej częste, zaczynamy mierzyć je wspólnie. Wypadają minutowe co trzy minuty, no wypisz wymaluj aktywny poród. Ja dalej upieram się, że to za wcześnie. Ja nie wiem, na co my czekamy – w tym momencie Adam podejmuje męską decyzję – dajemy temu 15 minut i zależnie od tego, co się zapisze w apce, dzwonimy do Ewy.

Mija 10 minut i przychodzi skurcz, który trwa 3 i pół minuty – fala wzbiera i opada trzykrotnie, bez chwili przerwy. W tym momencie dałam się przekonać, że to już, wciąż bez wielkiej wiary, że to serio już właściwy moment (sic!). Adam melduje stan rzeczy Ewie. Jak tylko odkłada telefon, dzieje się coś nowego – na końcu każdego skurczu zaczynam czuć popieranie. Nie mogę w to uwierzyć, trochę się przestraszyłam, bo słyszałam historie, w których potrzeba parcia pojawia się na 6 ,7, 8 centymetrze. Adam dzwoni do Oli, daje znać Ewie, żeby wyjeżdżały. Jest 17:45. Według naszej wiedzy Ewa z Wrocławia ma do nas 2 godziny! Z każdym skurczem potrzeba parcia staje się coraz bardziej wyrazista i nie do pomylenia. Sprawdzam w kroczu, TAK, zdecydowanie tam dzieje się dużo 😀.

Mnie w tej rzeczywistości już nie ma. W jakiś sposób daję mężowi znać, że tak, że to jest to. Wciąż zwisając z kaloryfera, zaczynam wydawać z siebie dźwięki, których nigdy wcześniej i pewnie nigdy więcej z siebie nie wydam. Ola z trasy nagrywa dla nas głosówki – instruuje jak oddychać, Adama instruuje jak pomagać mi oddychać, on zaczyna do mnie mówić, że mam oddychać, a ja oddycham i ryczę i nie jestem w stanie odpowiedzieć, że przecież oddycham! Tylko głośno 😂.

To już jest moment, kiedy słowa dla mnie nie istnieją. W pewnym momencie Adam wychodzi z łazienki i słyszę, jak z pełną determinacją (której nigdy nie zapomnę, przecież doula miała być oparciem dla niego, żeby on mógł być oparciem dla mnie, a w tym momencie jesteśmy sami i mój mąż za chwilę przyjmie na świat nasze dziecko) pyta Ewę przez telefon, co właściwie ma zrobić, jeśli ona nie zdąży. Dostaje polecenie, żeby przygotował tetrowe pieluszki (po fakcie mówi, że w tamtym momencie wydało mu się to absolutnie absurdalne polecenie 😂). Wraca do łazienki, informuje mnie, że Ewa zaraz będzie (jakim cudem, ma teleport? Okazało się, że miała przystanek w drodze powrotnej, nie wiem, czy było to zaplanowane, czy to położnicza intuicja nie pozwoliła jej wrócić tak daleko).

Pyta mnie, pamiętając, że była to dla mnie ważna część przygotowań – zadbać o komfort zachowania intymności – czy chcę się jakoś ubrać, okryć? I ku mojemu zdziwieniu, naprawdę jest mi wszystko jedno, nie ma to żadnego znaczenia, zostaję, jak jestem, nie jestem w stanie nawet o tym pomyśleć. Mija jakiś czas. Jaki? Nie mam pojęcia. Czuję, że może 15 minut. Prę sobie na każdym skurczu, próbuję trochę zwalniać, przeoddychać, nie zawsze się da, dzieje się samo. Nie ma w tym ani odrobiny myśli czy intencji. Dzwoni domofon, to Ewa. Wchodzi do łazienki, ja nic nie widzę, od kilku minut, a może lat, mam zamknięte oczy, rejestruję każde słowo, ale nie myślę słowami. W ogóle nie myślę. Za minutę wpada Ola. Ewa w pierwszej kolejności bada tętno Matyldy i daje nam usłyszeć serduszko – Słyszycie? Pięknie, jak teraz jest tak dobrze, znaczy, że wcześniej też było”. Nie przywitałam się z nikim, na dziewczyny nawet nie spojrzałam, nie mogłam, tak, nie byłam w stanie i nie chciałam wyjść z ciemności. Jedną ręką ciągnę kaloryfer, drugą ściskam dłoń Adama. I ta dłoń to była kotwica, bez której to by nie było w stanie się wydarzyć, tak czuję. Jak tylko Adam na chwilę znika, przywołuję go z powrotem, bo MUSZĘ trzymać go za rękę, to jest mój punkt skupienia wszystkiego.

Wszystko słyszę, nic nie myślę, nic nie mówię. A to, co słyszę, zostanie ze mną do końca świata – mój mąż powtarzający w kółko jest niesamowita i Ewa tak, jest – z takim przekonaniem i łagodnością, ten ton głosu wyrył się we mnie głęboko. 4 minuty od wejścia Ewy do naszego mieszkania, totalnie hands-off, o 18:40 rodzi się Matylda. Owinięta pępowiną, doskonale zdrowa i śliczna. Dopiero w tym momencie otwieram oczy.

Zostajemy dłuższą chwilę w wannie, nie mam ochoty z niej wychodzić, ale zdaje się, że mała marznie. I to też jest moment, o którym myślę z wielkim wzruszeniem – trzymam na rękach swoje dziecko, a mąż i Ewa pomagają mi wyjść z wanny, Ewa wyciera mnie i okrywa ręcznikami, jak duże dziecko. Przenosimy się do łóżka, dosyć szybko rodzi się łożysko, i tak sobie leżymy, dalej w jakimś bezczasie. Ola pyta, czy chcę coś zjeść – tak, loda, mamy ich pół zamrażarki, jako idealne porodowe jedzenie przygotowane na długie godziny drenującego zasoby energetyczne porodu.

Nie mogę uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Przecież przed chwilą byłam w ciąży i jadłam obiad w restauracji. Gdzie to się wydarzyło? Gdzie ja byłam w tym czasie, bo przecież nie tutaj, to był inny wymiar. Ile czasu minęło? Ogarnia mnie poczucie absolutnej niesamowitości, które zostaje ze mną na parę tygodni. Tak wielkiej niesamowitości, że mam wrażenie, że można się od niej uzależnić. Od razu przychodzi myśl, że mogłabym mieć dziesięcioro dzieci, byleby tylko doświadczać tego po wielokroć. Czego w zasadzie? Zrozumiałam w końcu, dlaczego robi się porównania między dobrym porodem i dobrym seksem – nie chodzi tylko o grę hormonów. To są te jedne z niewielu momentów w życiu, kiedy dane jest doświadczyć czystego bycia, myślę, że nigdy nie byłam bliżej oświecenia niż wtedy 😉.

O wszystkim mam ochotę opowiedzieć całemu światu. Że było tak wspaniale, tak łatwo, tak niesamowicie magicznie i w gruncie rzeczy niezbyt boleśnie.

Przez kolejne dni płaczę ze wzruszenia. I przeżywam ogrom wdzięczności, że istnieje taka Ewa, która ufa naszym ciałom, która zawsze wie co powiedzieć, a jak coś mówi, to zostaje to z człowiekiem na zawsze. Ewa, jesteś cudowna, zazdroszczę wszystkim kobietom, które mają swój poród z Tobą przed sobą. Do mojego męża, że mi uwierzył i zaufał. Do siebie, że wykonałam tyle pracy, i do losu, że dał mi przeżyć to w ten sposób.
Wiem, że na pewno było w tym wiele przypadku – nie na wszystko ma się wpływ, ale najważniejsza dla mnie lekcja – nie warto martwić się na zapas, zwłaszcza tam, gdzie nie wszystko zależy od nas. Było inaczej, niż sobie wyobrażałam – było nawet lepiej 🙂.

Błękitny Poród

Opowiadanie historii porodowych ma MOC!

Osobie, która ją opowiada, pomaga :

  • ułożyć w głowie ciąg zdarzeń
  • spojrzeć na poród z nowej perspektywy
  • uwolnić emocje, które w chwili porodu powstały w ciele
  • dostrzec swoją sprawczość i moc
  • docenić siebie
  • jeżeli to potrzebne, zamknąć to co jest trudne
  • odbić myśli z osobami, które były przy porodzie

Osobie, która słucha dobrych, wzmacniających historii porodowych pozwala:

  • czasem pierwszy raz w życiu usłyszeć, że poród może być dobrym wydarzeniem
  • usłyszeć od drugiej kobiety, jak poród może wyglądać w praktyce
  • zmienić swoje lękowe przekonania
  • rozpocząć proces odnajdywania w sobie sprawczości
  • zweryfikować przekonania o porodzie
  • ułożyć własną wizję porodową, stworzyć listę rzeczy na których najbardziej Ci zależy

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Błękitny Poród
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.